Rozmowa z Marcinem Hycnarem

Rozmowa z Marcinem Hycnarem

Rozmowa z Marcinem Hycnarem – członkiem Rady Artystycznej Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.

Marcin Hycnar
/tarnowianin, aktor filmowy, teatralny i dubbingowy, student reżyserii. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego w Tarnowie i Akademii Teatralnej w Warszawie. Swoje pierwsze artystyczne kroki stawiał w tarnowskich „Tuptusiach”. Na deskach „Solskiego” zagrał w wieku 12 lat tytułową rolę Małego Księcia w spektaklu wyreżyserowanym przez Cezarego Domagałę. Obecnie związany z Teatrem Narodowym w Warszawie. Znany m.in.: z serialu „Barwy szczęścia”, ról filmowych w „Drzazgach” czy „Ogrodzie Luizy”. Swego głosu użyczył kilkudziesięciu postaciom, w tym: Po („Kung Fu Panda”), Książę Kaspian (Opowieści z Narni: Książę Kaspian”, Artie („Shrek Trzeci”)/

Od września rozpocznie swoją działalność Rada Artystyczna. Czy to oznacza Pana powrót do Tarnowa?

Nie bardzo. Moim miejscem zamieszkania wciąż pozostaje Warszawa. Mam jednak nadzieję, że moje członkostwo w Radzie sprawi, że uda mi się częściej odwiedzać rodzinne miasto. Jak dotąd moje wizyty w Tarnowie wypadały głównie w czasie świąt, czasem w wakacje, gdy teatr z powodów oczywistych nie gra. Teraz będę próbował nadrabiać artystyczne zaległości zwiększając częstotliwość tych wizyt.

Może powrót na tarnowskie deski?

Nie sądzę. Myślę, że nie ma do tego powodu. Tarnowski Teatr ma coraz lepszy zespół aktorski, który wydaje mi się coraz pełniejszą, solidną grupą. Pani Dyrektor zatrudniła wielu zdolnych ludzi, którzy swoją energią i talentem wsparli aktorów występujących z powodzeniem na tarnowskiej scenie od lat. Uważam, że stały zespół teatru jest po to, by to właśnie on (przede wszystkim) grał w spektaklach repertuarowych, a nie artyści gościnni. Oczywiście zdarzają się pomysły artystyczne, które taką „mieszankę” usprawiedliwiają, ale w moim wypadku byłoby to dość trudne organizacyjnie.

Jak to jest kilkanaście lat temu, jeszcze jako mały chłopiec grać na scenie, a później radzić nad jej kształtem artystycznym?

Dziwnie. To prawda. Ale to chyba najlepszy dowód na to, że „marzenia się spełniają”. Wtedy wymyśliłem sobie, że teatr będzie moim życiem i miałem ogromnie dużo szczęścia, że tak się stało. To wielka frajda móc patrzeć na to miejsce, w którym wszystko się zaczęło, obserwować jak ono rozkwita na nowo.

Wiele się zmieniło w teatrze od ówczesnego „Małego Księcia”. Jakie wydarzenie lub osobę wspomina Pan do dziś?

Zmieniło się chyba wszystko, w końcu teatr jest po generalnym remoncie. 🙂 Na szczęście zostało jeszcze kilka osób, które niezmiennie pracują w „Solskim”. Podczas moich sporadycznych wizyt na widowni, wymieniamy uśmiechy z ludźmi, którzy pamiętają mnie z czasów debiutu. To bardzo miłe, że po tylu latach Panie Inspicjentki, Suflerki, Panie z Obsługi Widzów czy Administracji z pewną życzliwością traktują moją osobę. Wydarzeń było wiele i wspomnień zostało tyle, że starczyłoby na książkę, nie wywiad… W końcu oprócz „Małego Księcia” była jeszcze „Antygona”, kabaret „Gelender nocą”, spektakle Teatru Młodego Widza, Wieczory Teatralne „Tuptusiów”, a wszystko w gmachu przy Mickiewicza… Ale o tym może innym razem. Do osób, które najserdeczniej wspominam, należą bez wątpienia Pani Elżbieta Kuzemko-Rausz, która była odpowiedzialna za przygotowanie wokalne obsady „Małego Księcia” oraz Pan Zygmunt Bałut, Inspicjent rzeczonego spektaklu. Oboje byli i są ludźmi o nieprzeciętnej życzliwości, wielkiej kulturze, gorącym sercu, a przy tym ogromnej cierpliwości i szacunku dla wszystkich współpracowników, nie wykluczając dwunastoletnich debiutantów. 😉 Oboje też byli dla mnie nieocenionym źródłem wiedzy i umiejętności, gdy poznawałem teatralne ABC…

Wracając do zadań Rady. Co powinno być grane w Tarnowie? Jaki konkretny tytuł mógłby stać się absolutnym przebojem?

To trudne pytanie i wymaga dość złożonej odpowiedzi. Pierwszym determinującym repertuar czynnikiem jest fakt, że mimo licznych zakusów, Teatr w Tarnowie ma własny, stały zespół aktorski. To duży prestiż, ale i ogromne zobowiązanie, bo przecież Ci ludzie muszą grać, żeby się rozwijać. Nie można więc prowadzić tu tylko teatru impresaryjnego, a zespół traktować jak „zło konieczne”. Fundamentalną sprawą wydaje mi się także świadomość, że to jedyny profesjonalny teatr w Tarnowie, w dodatku dotowany przez Urząd Miasta, co ma swoje oczywiste plusy (budżet), ale jednocześnie określa liczne zobowiązania (np. funkcja edukacyjna, rozliczanie z każdej wydanej złotówki). Stara szkoła dyrektorowania mówi, że jeśli teatr jest jeden, to wymusza pewien eklektyzm, zróżnicowanie repertuaru. Do „Solskiego” przychodzą bardzo różni widzowie i każdy z nich powinien w ofercie teatru znaleźć coś dla siebie – począwszy od bajek dla dzieci, przez realizacje oparte na polskiej i obcej klasyce dramatycznej, inscenizacje lektur, spektakle muzyczne, komedie, farsy, ale i poezję, przedstawienia trudniejsze, „wychowujące” widzów, pokazujące współczesne tematy, zaangażowane społecznie, wskazujące nowe nurty w literaturze, sztuce reżyserii, prapremiery polskie i światowe, spektakle, które mają szansę na „życie festiwalowe”, projekty bardziej lokalne, identyfikujące teatr z miastem, regionem, produkcje gościnne itd., itp. Oczywiście można eksperymentować, ale doświadczenie uczy, że bardziej sprawdza się ewolucja niż rewolucja. Myślę że mądra dyrekcja Eweliny Pietrowiak i Rafała Balawejdera jest najlepszym, co tarnowskiej scenie mogło się przydarzyć w tak niełatwych dla teatru czasach.

Załączniki